Prywatny blog

https://unsplash.com/@nerevarin

W 2020 założyłem bloga o programowaniu.

Wcześniej, zanim zacząłem pisać jakiekolwiek artykuły, spędziłem całe miesiące nad rozpisaniem wizji. Robiłem persony osób, które będą go czytać, wymyśliłem idealnego odbiorcę, określiłem, w jakim miejscu się znajduje, w jakim chciałby się znaleźć, zebrałem listę tematów i potencjalne kierunki rozwoju.

Skupiłem się na wybraniu konkretnej i wąskiej niszy. Wszyscy, których słuchałem, sugerowali, że powinienem.

Początkowo takie podejście sprawdzało się całkiem nieźle. Wyplułem z siebie trochę treści, które pasują do tej niszy, a sporo ludzi zapisało się na listę mailową po więcej.

Jednak po czasie, tematyka bloga zaczęła być dla mnie problemem. Zaczęły przychodzić mi do głowy tematy i przemyślenia, które szukały ujścia, ale nie pasowały do tematyki bloga.

Bałem się, że gdybym zaczął pisać o tematach, teoretycznie niezwiązanych z tym, co obiecywałem przekazywać na blogu, to ludzie się zbuntują, odsubskrybują i przestaną czytać. W końcu nie po to tu przyszli.

Wyobraź sobie, że przychodzisz po informacje o tym, jak skutecznie pracować w zespole programistów, a ja Ci wrzucam posta o tym, żeby kraść jak malarz. Sam bym uciekł.

Bałem się też, że jeśli zacznę zgłębiać poboczne tematy, które mnie w danej chwili interesują, to zaniedbam pracę nad blogiem, zacznę mieć więcej priorytetów, niż powinienem i koniec końców nie dowiozę niczego wartościowego.

Źle się czułem z tym, że nie miałem gdzie podzielić się rzeczami, które mnie interesują.

Co ciekawe, wcześniej nie pisałem żadnego bloga i nie czułem potrzeby eksplorowania oraz upubliczniania moich zainteresowań. Wydaje mi się, że gdy wszedłem (mniej więcej) w nawyk tworzenia i odkręciłem kurek z przemyśleniami, to głowa zaczęła inaczej pracować, myśli zaczęły się układać, kropki zaczęły się łączyć i odblokowałem te ścieżki w moim mózgu, które wcześniej były nieaktywne. Stąd zalew przemyśleń oraz potrzeba wyrzucenia ich z siebie i oczyszczenia głowy. Pomogło też odkrycie, że pisanie jest formą nauki, która mi pasuje.

Znalazłem kilka sposobów na rozwiązanie tego problemu:

  • Zacząłem przemycać moje zainteresowania w newsletterze i sprytnie (wg mojej własnej oceny) łączyć je z informacjami o nowych wpisach.
  • Brałem udział w webinarach, gdzie inni wyciągali różne rzeczy z mojej głowy (czasem nie wiedziałem, że tam są).
  • Stworzyłem sekcję “Notatnik”, na głównej stronie bloga, gdzie wrzuciłem kilka luźniejszych przemyśleń, bardziej notatek, czasem nawet w formie bulletpointów.
  • Mówiłem o wielu rzeczach na Instagramie w postaci stories, a potem prowadziłem długie dyskusje w prywatnych wiadomościach.

Te rozwiązania prowadziły jednak do tego, że musiałem często naginać treści do tematyki bloga, obcinając tym samym ich potencjał. Z dużej części musiałem po prostu zrezygnować, bo uznałem, że nie mają priorytetu i zajmują zbyt dużo czasu.

Stosowałem coś, co nosi enigmatyczną nazwę Łóżka Prokrusta.

Prokrust to ziomek z mitologii greckiej, syn Posejdona, który porywał ludzi podróżujących po drogach, kładł ich na swoje żelazne łóżko, a jak ktoś nie pasował i wystawały mu nogi, to je obcinał. Gość mocno niezdrowy na umyśle, ale metafora jest bardzo przydatna:

The “bed of Procrustes,” or “Procrustean bed,” has become proverbial for arbitrarily—and perhaps ruthlessly—forcing someone or something to fit into an unnatural scheme or pattern.

Ja obcinałem nogi moim pomysłom oraz zainteresowaniom i zamykałem się tym samym na potencjalne korzyści, oraz możliwości, które mogły z nich płynąć.

Rozwiązania, które stosowałem i ciągłe transformacje, w tym zmiana nazwy bloga, opisu, czy formy pisania coraz mocniej utwierdzały mnie w przekonaniu, że mimo wstępnego planu i wejścia w niszę, jestem tak naprawdę nadal w trybie poszukiwań i sztucznie je ograniczam, bo nie piszę o tym, co mi siedzi w głowie, tylko o tym, co potencjalnie pasuje do tematyki bloga.

(Tłumacząc na język programistów: to tak, jakbym zastosował bardzo konkretny wzorzec projektowy, który zabetonował mi kod i gdy weszła zmiana, to nie było dla niej oczywistego miejsca).

(Tłumacząc na język normalnych ludzi: to tak, jakbym kupił składniki na ciasto, które chcę upiec, a po drodze okazało się, że w sumie to zjadłbym bigos).

Łóżko Prokrusta

Nieuzasadniony strach

Jednocześnie wspomniany wyżej strach, że ludzie przestaną czytać to, co piszę, był tylko do połowy uzasadniony.

Przemycałem w newsletterze rzeczy, które siedzą mi w głowie i prawie nikt nie odchodził.

Zapisało się też do niego wiele osób, które zupełnie nie były uwzględniane jako odbiorcy.

W sumie dotąd nie wiem do końca dlaczego, ale mam hipotezę. Poparta jest poświadczeniami od kilku osób, które przepytałem, własnymi obserwacjami i kilkoma dobrymi treściami na temat blogowania.

Hipoteza brzmi tak:

  • Ludzi przyciągają ludzie.
  • Jeszcze bardziej przyciągają ci, którzy są interesujący.
  • A gdy ktoś jest interesujący i jednocześnie potrafi nas czegoś nauczyć, to siła przyciągania jest największa.

Dobrym przykładem jest Tim Urban ze swoim blogiem waitbutwhy.com.

Gość ma genialne poczucie humoru, które przelewa w postaci obrazków oraz inteligentnych metafor na swój blog. Każdy jego wpis rozbiera na części pierwsze jakieś skomplikowane i ciekawe tematy, które potem podaje w prostej i użytecznej formie. A to, że kumpluje się z Elonem Muskiem, jest wisienką na torcie.

Czytam każdy jego wpis, niezależnie od tematu, bo Tim jest ekstremalnie interesujący.

Nie łudzę się, że mógłbym kiedykolwiek zdobyć taką popularność jak WBW i też nie jest to moim celem.

Jednak z jakiś dziwnych i niewyjaśnionych powodów, jestem w jakimś stopniu interesujący dla tych kilku osób, które mnie czytają i słuchają, nawet gdy to, o czym piszę i mówię, nie jest skierowane do nich.

Te wszystkie fakty i hipotezy zebrane razem spowodowały, że zaczęły otwierać mi się klapki na oczach oraz furtki w głowie, co doprowadziło do założenia bloga, którego czytasz w tej chwili.

Private blog manifesto

To, w jaki sposób tworzę prywatny blog (a tak naprawdę stronę internetową), jest wynikiem dość długiego researchu i zupełnym przeciwieństwem tego, jak działałem dotychczas.

W największym skrócie: piszę o tym, co mi się podoba, na co mam ochotę i nie nastawiam się na osiągnięcie żadnych wyników, tylko czerpię maksymalną przyjemność z samego procesu.

Jeszcze nie wiem, do czego to doprowadzi, ale już teraz mam fun.

👇

Prywatny blog skupia się na podążaniu za własnymi zainteresowaniami i na byciu sobą. Jestem jego pierwszym odbiorcą i pierwszą osobą, której pomaga.

Zamiast pracować nad tematami zdefiniowanymi z góry, pracuję nad swoimi rzeczami i patrzę, co chwyci.

Uczę się na głos. Nie skupiam się na budowaniu marki osobistej.

Pracuję nad tym, co mnie obecnie interesuje i co jest dla mnie przydatne, a gdy jakiś temat zainteresuje innych, to wiem, że jest coś, nad czym mógłbym się bardziej pochylić.

Taki sposób działania zamienia moje szerokie spektrum zainteresowań w zaletę:

  • Otwiera przede mną wiele możliwości.
  • Eliminuje potrzebę ucinania nóg moim pomysłom.
  • Pozwala szybciej reagować na zmiany.

Szybkie reagowanie na zmiany jest dla mnie szczególnie ważne, gdy jestem w trybie poszukiwań.

Nie chciałbym utknąć w takim projekcie, który mi się znudzi lub przestanie mieć sens, bo motywacja spada wtedy do zera.

Blog o programowaniu trochę mnie wpędził w taki stan. Nie znudził mi się zupełnie, ale sztywna forma, którą ciągle poprawiam, była męcząca i ograniczająca.

Brak planowania z góry na prywatnym blogu pozwala w takiej sytuacji przerzucić się na kolejny temat, bez potrzeby rozwodzenia się nad tym, czy jest to dobry krok.

Wkładam mniej siły woli w to, co robię, łatwiej jest mi dowozić, nie zajechać się i działać długoterminowo.

Innymi słowy: jest to iteracyjna praca bottom-up.

Nie muszę zmuszać się do tego, żeby napisać kolejny wpis w temacie swojego bloga. Mogę swobodnie skoczyć w bok i napisać to, co obecnie siedzi mi w głowie.

Nie muszę też stosować jakiś dziwnych zagrywek typu podzielenie jednego wpisu na 4 mniejsze części tylko po to, żeby co tydzień mieć do wrzucenia coś, co wciąga ludzi do mojego lejka.

Nigdy nie wyczerpię tematu, bo mogę swobodnie skakać po swoich zainteresowaniach.

Piszę o tym, co wiem. Nie muszę być ekspertem, nie muszę go udawać i nie muszę niczego udowadniać. Wystarczy, że wniosę coś wartościowego do rozmowy.

Nie tworzę sztucznych historii, tylko dokumentuję.

Mam miejsce, które jest trwałym nośnikiem moich przemyśleń. Są tu wystawione na feedback innych osób i mogą swobodnie ewoluować. Mam bazę wypadową do wszystkich moich projektów.

(Wcześniej wystarczyło, że zmieniłem otoczenie i musiałem mówić o tych samych rzeczach od początku).

Piszę o tym, co mnie jara, bo hype jest zaraźliwy.

Czasem piszę o tym, w co wierzę. To jest trudna kategoria, bo muszę wyrazić opinię, za którą połowa ludzi mnie znienawidzi, a połowa polubi, dlatego stosuję ją rzadko. Fakty są lepsze i mniej problematyczne.

Prywatny blog to miejsce, w którym daję porwać się eksperymentom. Nigdy nie wiem, co ciekawego odkryję.

Ponad wszystko staram się być interesujący i nie powtarzać tego, co pisali inni.

Mimo że w takim podejściu tematyka jest teoretycznie bardzo szeroka, to jednocześnie wpadam w najwęższą i najbardziej unikalną niszę: niszę bycia sobą.

👉 Nikt nie może z Tobą konkurować, w byciu Tobą.

“You can escape competition through authenticity, when you realize that no one can compete with you on being you. That would have been useless advice pre-internet. Post-internet, you can turn that into a career.”

https://nav.al/possible-careers

Promocja

Promocja takiego bloga jest trudniejsza.

Nie mogę sprzedawać swojego bloga krzykliwym hasłem typu “pomagam programistom z produktywnością w pracy”. Nie szkodzi.

Marketing nie powinien być pierwszą rzeczą, na której się skupiam. Myślenie o marketingu ma zwyczaj przeradzać się w sztuczne zmiany stylu pisania tylko po to, żeby przyciągnąć ludzi. Przestajemy być szczerzy i wypaczamy swój przekaz.

Celem prywatnego bloga jest dopasować przekaz do tego, kim jestem w prawdziwym życiu. Bez sztuczek, udawania i sprzedawania.

Skupiam się najpierw na jakości, a dopiero potem na marketingu. Jedyną obietnicą względem czytelników jest to, żeby tworzyć interesujące treści. Potem mogę podzielić się nimi w social mediach.

Zawsze byłem niechętny idei, że powinniśmy więcej czasu poświęcać na marketing niż na tworzenie. Ma to swoje zastosowanie i na blogu biznesowym pewnie działa całkiem dobrze. Na prywatnym blogu odciąga od tworzenia.

Może naiwnie, ale wierzę, że tworzenie jest znacznie lepszą formą marketingu niż gadanie o tworzeniu.

Gdy już zapewnię odpowiednią jakość wpisów, to mogę skupić się na SEO (o którym jeszcze nic nie wiem).

Nie zamierzam jednak pisać postów pod SEO. Będę pisał to, co chcę napisać, a potem zastanowię się jak do tego dokleić SEO. Dopasuję treści tak, żeby inni mogli łatwo je znaleźć i podać dalej.

Cierpliwość jest tutaj najważniejsza.

Jest szansa, że od razu znajdę coś interesującego i szybko zbuduję bazę czytelników. Jest też szansa, że zajmie to lata.

Poza dobrymi treściami, najlepszą formą promocji jest dowożenie projektów pobocznych.

Podczas pracy nad blogiem rodzą się często nowe projekty. Każdy z tych projektów działa potem jak kanał promocyjny prywatnego bloga. Dostajemy przy okazji dodatkowego kopa do tego, żeby dowozić projekty, bo nawet jeśli nie wyjdą nam tak, jak chcemy, to przynajmniej zyskamy paru czytelników.

Monetyzacja na prywatnym blogu

Monetyzacja jest trudniejsza, ale też nie jest celem tego bloga. Jest dodatkiem.

Jednym z najlepszych dodatków na prywatnym blogu jest własny produkt. W przeciwieństwie do reklam i afiliacji może pozytywnie wzmocnić doświadczenia związane z blogiem.

Widzę pewien trend, głównie na zagranicznych blogach: pomysły na produkty pojawiają się wtedy, gdy ludzie o czymś piszą i widzą duże zainteresowanie.

Wydaje mi się, że jednym ze sposobów jest pisać dobre artykuły na temat tego, co mnie interesuje i tworzyć produkty wokół nich.

W taki sposób nie tworzę niczego na siłę, tylko wtedy, gdy widzę, że naprawdę ktoś tego chce.

Nie wpadam wtedy w pułapkę wciskania komuś moich wypocin na siłę. Strach przed wpadnięciem w tę pułapkę jak dotąd skutecznie zniechęcał mnie do tworzenia swoich produktów, a w taki sposób eliminuję go zupełnie.

Jak dotąd jedyny produkt, który stworzyłem (szkolenie z testów), wynikał z tego, że byłem żywo zainteresowany tematem i trafiła się okazja, że ktoś go potrzebował. Możliwe, że taka strategia działa też na większą skalę.

Po raz kolejny: pracuję nad swoimi rzeczami i patrzę, co chwyci. A gdy już chwyci, to przygotuję kolejny artykuł, który posłuży jako wstępna forma weryfikacji zainteresowania.

W taki sposób upewnię się, że mam odbiorców, zanim w ogóle zacznę cokolwiek budować i tracić na to wiele miesięcy życia.

Bonus: temat będzie dla mnie interesujący, bo w końcu podążam za własnymi zainteresowaniami. Nawet jeśli się nie uda, to będę do przodu, bo się czegoś nauczę.

Dwa rodzaje blogów

Istotne było dla mnie rozróżnienie prywatnego bloga od bloga biznesowego.

Osoby, które prowadzą blogi w konkretnej niszy, są w innym miejscu niż ja. Najprawdopodobniej wiedzą, co chcą zrobić, dlatego przelewają konkretną wiedzę, na konkretny temat w jedno miejsce.

Blog biznesowy wymaga niszy, bo jest związany z jakimś produktem. Nie ma sensu skakać po innych tematach.

Prywatny blog to coś, co ma pomagać w przedsięwzięciach, których się podejmę.

W takiej konfiguracji ten blog jest bazą wypadową i miejscem eksperymentów, gdzie rodzą się konkretne projekty, takie jak np. programistyczny blog, od którego zacząłem.

Jedną z istotnych wad bloga nastawionego na niszę, o której przeczytałem u Nata Eliasona i która od razu ze mną zarezonowała jest sztuczne komplikowanie tematu.

Widziałem wiele blogów, gdzie ktoś rozwodził się nad jednym tematem przez kilka lat, niepotrzebnie rozciągał treści i w kółko pisał o tym samym, tylko w inny sposób.

“5 najlepszych sposobów na <tu jakiś bullshit>, które MUSISZ wiedzieć, żeby ()…)” powielone tysiąc razy, artykuły, które pojawiają się tylko wtedy, gdy otwiera się okienko sprzedażowe, przepisywanie praktycznie słowo w słowo rzeczy, które można zaleźć w dokumentacji itd.

To wszystko psuje reputację blogów.

A tak naprawdę wystarczy najczęściej napisać 10 dłuższych, przemyślanych artykułów lub stworzyć płatny kurs (bo o to przecież w takich blogach chodzi nie?), załatwić temat, nie zaśmiecać internetu marketingowymi treściami z recyklingu i ruszyć dalej ze swoim życiem.

Biznesowe blogi często przekształcają się w blogi prywatne, podpisane własnym nazwiskiem, żeby nie komplikować i ruszyć dalej za swoimi zainteresowaniami. Czemu nie zacząć tak od razu?

Gdzie szukam inspiracji

W Polsce niestety ciężko znaleźć naprawdę dobre prywatne blogi.

Przeważnie spotykam się z blogami skierowanymi na konkretną niszę, które są nastawione w 80% na marketing, szybki wzrost i wrzucanie ludzi do lejków sprzedażowych.

Niewiele osób pisze o tym, czego się nauczyli, jak rozwiązują swoje problemy i jakie mają wątpliwości.

Najczęściej autorzy mówią nam jak żyć, tak jakby sami już wszystko rozpracowali.

Brakuje “elementu podróży”.

Znalazłem jednak kilka dobrych przykładów za granicą, m.in.:

Jeśli tworzysz prywatny blog lub znasz jakiś godny polecenia, to daj znać 🙏. Chętnie rozbuduję swoją kolekcję.